The Answer is You



   Życie nie zawsze bywa proste. Czasem rzuca niewinnym duszom kłody pod nogi, oczekując, że pokonają je bez większych problemów. Trzeba jednak wykazać się wtedy wyjątkową giętkością psychiki i niebywałą odpornością na ból. Niestety nie każdy jest do tego zdolny. W takim momencie wręcz banalnym staje się złamanie zbłąkanej duszy, która pada bezradnie na kolana, przygnieciona ciężarem życia. Jakże wygodnym wtedy wydaje się poddanie się, zaprzestanie walki o lepsze jutro, o własne wartości. Dusza jest silna dopóki nie doświadczy pierwszego upadku.
     Jakże bezradnym staje się człowiek, gdy życie go doświadcza. Jedynie wybitnie silne jednostki są w stanie podnieść się same - posiadają nieprzeciętne dusze. Czy w takim razie inni skazani są na upadek? Niekoniecznie. Ich jedynym ratunkiem są właśnie te nieprzeciętne dusze - silne psychicznie jednostki. Tylko one mogą uratować tych, którzy na co dzień niosą światu cały wachlarz uczuć, emocji. Są ratunkiem dla jednostek o wysoko rozwiniętym poczuciu empatii i świadomości piękna życia.
   Dusze owe tworzą dwie połówki całości. Dopełniają się. Żadna z nich nie mogłaby istnieć sama. Odnalezienie swojej bratniej duszy warunkuje przetrwanie nawet w najcięższych chwilach.
   Co w takim razie zyskuje silna psychicznie jednostka?
   Miłość w najczystszej postaci.

***

   Złote promienie słońca, prześlizgujące się pomiędzy powiewającymi na gorącym wietrze zasłonami, rozświetlały pogrążone w smutku pomieszczenie. Powietrze  przesiąknięte było wilgocią, jakby zapowiadając szloch bezkresnego błękitu. Miękka niczym jedwab bryza tańczyła czule pomiędzy kosmykami jasnych włosów postaci skulonej przy jednym z okien. Zupełnie jakby żywioł chciał podnieść na duchu wyraźnie cierpiącą duszę. Gorące promienie słońca otulały palącą cierpieniem, mlecznobiałą skórę, chcąc nieść poczucie wspólnoty, podczas gdy soczysta zieleń kryła cały krajobraz w iluzji bezpieczeństwa.
   Gdyby tylko chłopak skulony w kącie choć na chwilę otworzył oczy, dopuścił do siebie naturę... Jednak cierpienie w jakim tonął było zbyt wielkie. Uczucie klęski i krzywdy przysłaniało dosłownie wszystko. Czuł, że traci grunt pod nogami. Już dawno przestał panować nad swoim życiem, ale łudził się, że jakoś stanie na nogi. Jakże był głupi.
    Zapomniany telefon leżący na stercie gazet po raz kolejny zbudził się do życia, wibrując cicho. Tak samo jak przez kilka ostatnich godzin miał zostać zignorowany. Możliwe nawet, że przytłoczony bólem blondyn nie był świadom tego co się wokół niego działo.
   Czuł pustkę. Bezbrzeżną pustkę i obezwładniający ból. Nie był w stanie myśleć o niczym innym poza powodem ucieczki do Marsylii. Nie mógł, nie umiał wybaczyć sobie tego, co się stało. Nie wiedział czy ktokolwiek miałby taką moc. Zawiódł nie tylko siebie, ale przede wszystkim wszystko, co było mu drogie.
   Z każdą chwilą opadał z sił. Poddawał się bezdennej rozpaczy, powoli tonąc w cierpieniu.
   Niczym we śnie, ledwie odrywając stopy od ziemi, dotarł do łazienki. Oparł się ciężko o umywalkę, posyłając zbolałe spojrzenie swojemu zniekształconemu odbiciu w lustrze. Miał ochotę krzyczeć, jednak żaden dźwięk nie chciał przerwać majestatycznej ciszy roztaczanej przez naturę.
   Złapał kurczowo za kurek, kręcąc nim nerwowo, jednak z kranu nie poleciała nawet kropla. Woda już nigdy więcej nie miała uśmierzać bólu. Od tej pory pozbawiała szczęścia niczym tlenu, powodując powolne, świadome odchodzenie.

   - Xiumin uważaj!  
   Rozpaczliwy krzyk.
   Potężna ciężarówka szybująca wprost na napastnika, który mierzył w odwróconego plecami rudego chłopaka.
   Wirujące płatki śniegu. Nagły huk.
   Szum fal.
   Nieprzenikniona ciemność.
   Jedenaście ciał padających ciężko na ziemię, niemal zgniecionych siłą grawitacji.
   Jedno cichnące serce.
   Jedno serce przepełnione nieopisanym bólem.
   Strata.
   Nagle wszystko zwalnia.
   Blondyn czuje rosnącą panikę. Z trudem się podnosi. Ucieka.
   - Suho! - Słyszy głos, który powinien go zatrzymać. Biegnie dalej. Zawiódł.
   Grawitacja już nigdy nie będzie działała jak kiedyś. Jeden z dwunastu elementów odszedł bezpowrotnie - to jego wina.

   Wspomnienia tamtego dnia są nie do zniesienia, a jednak przesiąkają do cna każdą sekundę.
   Od tamtego zdarzenia nie był w stanie myśleć o niczym innym mimo, że do jego podświadomości przebijały się rozrywająca tęsknota, strach i troska. Wiedział, że nie należały do niego, ale nie był w stanie się im poddać. Były tłumione przez fale bólu i wyrzutów sumienia.
   Wodził opuszkami palców po ostrych krawędziach rozbitego okna, próbując skupić się na lekko piekących rankach, tworzonych z każdym zetknięciem delikatnej skóry z kruchym szkłem.
   Czymże jednak był marny ból fizyczny w porównaniu z obezwładniającym poczuciem pustki?
   Ciężkie chmury płynęły po błękicie nieba, powoli przysłaniając ostatnie niosące nadzieję promienie słońca, naśladując uczucia przepełniające cierpiącą duszę. Wyschnięta łąka, którą wędrował bez celu, tonęła w rozprzestrzeniających się cieniach. Przybierający na sile wiatr pchał go w przeciwnym kierunku, jakby dokładnie czując co kryje się w jego duszy. Hucząc, zdawał się krzyczeć, przywoływać go do rozsądku, jednak Suho był głuchy. Zbyt owładnięty rozpaczą żeby usłyszeć, zobaczyć walczące z ciemnością promienie słońca, wyczuć  bezowocne próby czasu na zatrzymanie go w miejscu.
   Bezmyślnie błądził pomiędzy drzewami, które jak na złość przesłaniały mu drogę. Nie miał pojęcia dokąd zmierza. Po prostu czuł. Czuł, że coś ciągnie go w nieznanym kierunku. Jakaś pierwotna, destrukcyjna siła przyzywała go, obezwładniała.
   Niebo coraz szczelniej pokrywało się chmurami. W oddali trzasnął piorun, wzywając go do powrotu do zdrowych zmysłów. Gorące i mroźne podmuchy dopadły go z dwóch stron, utrudniając stawianie kolejnych ciężkich kroków. Czuł przenikającą go, obcą panikę, niesamowity strach, jednak nie był już w stanie racjonalnie tego odczytać. Bezrefleksyjnie stawiał kolejne kroki, wiedząc, że jego cel jest już blisko.
   Tuż przed nim rozpościerała się ogromna połać ziemi pokrytej soczyście zieloną trawą. Tuż obok wyrastały ruiny dawnej świetności. Niebo rozdarte błyskawicą wydało ostatnie ostrzeżenie i nagle wszystko ucichło. Zniknęły podmuchy  gorąca i zimna, walczące promienie słońca... Tylko delikatny wiatr wciąż tańczył w jego włosach, co chwila wyjąc z rozpaczy gdzieś pomiędzy ruinami. Wszystko połknęła nieubłagana szarość, sprawiając, że krajobraz skrył się w granatowej rozpaczy.
   Pchany wewnętrznym przymusem, ruszył ciężkim krokiem w stronę zagłębienia w ziemi. Niegdyś basen, miejsce powiązane ze szczęściem, miał teraz uwięzić na wieczność zbolałą duszę, pochłonąć ją swoim błękitem.
   Suho oparł się ciężko o jedną ze ścian i osunął się po niej na samo dno. Nie mógł upaść niżej. Przygnieciony cierpieniem i wyrzutami sumienia stracił siłę do walki. Oddał się w macki żywiołu.
   Gotów na koniec, ostatkiem sił uniósł dumnie głowę, ukrywając piekące od zbierających się łez oczy pod powiekami smutku.
   Nagły ryk niepohamowanego żywiołu wypełnił pogrążony w ciszy krajobraz. Wiatr zawył rozpaczliwie, wiedząc, że teraz już wszystko stracone. Bezlitosne fale zaatakowały z całą swoją siłą, rozbijając się o ściany ruin. Nic nie było w stanie pokonać cierpiącego żywiołu.
   Suho zacisnął oczy mocniej, czując na twarzy krople słonego smutku i nagle poczuł, że się unosi. Czyżby tak miał wyglądać koniec w objęciach własnego żywiołu? Uczucie ciepła, bezpieczeństwa i bezgranicznej miłości wypełniły całe jego jestestwo, sprawiając, że na jego usta wypłynął delikatny uśmiech, a wraz z nim pod powiekami wyłonił się zarys oczu przepełnionych iskierkami szczęścia. Przed poddaniem się ciemności właśnie to chciał zobaczyć. Pragnął odejść z uśmiechem na ustach i wspomnieniem tej jedynej osoby tuż pod powiekami.
     Wraz z cichnącym rykiem żywiołu docierały do niego rozpaczliwe krzyki. Ktoś go wołał, błagał żeby otworzył oczy, żeby został. Ale to nie miało sensu. Pochłonął go jego własny żywioł.
   Czuł silny uścisk wokół własnych wątłych ramion, gorący oddech muskający desperacko jego cienką skórę... Rozpaczliwe błagania napływające wraz z obezwładniającym spokojem.
   Powieki zatrzepotały niczym skrzydła motyla i nieobecne spojrzenie napotkało wzrok pełen iskrzących się emocji. W ciemnych tęczówkach błysnęła ulga, po czym kompletnie pochłonęła je czerwień.
   - Ty idioto! Do reszty zdurniałeś?! - Krzyk pełen bólu i nagle Suho znalazł się w silnych objęciach, chwytając aksamitne pióra, szukając ratunku. Drżące słowa pieściły jego uszy, sprawiając, że nagle miał siłę stawić czoła najgorszemu. - Co ty sobie myślałeś?!
   - Nie puszczaj mnie. - Wydusił, mocniej zaciskając palce na aksamitnych piórach skrzydlatego chłopaka. - Nie puszczaj mnie, Kris. -Błagał.
   - Co jeśli bym nie zdążył? - Zdołał wydusić przez ściśnięte gardło jego anioł.
   - Zasłużyłem. Zginął Luhan... - Łzy zapiekły go niebezpiecznie w kącikach oczu.
   - Myślisz, że kolejna śmierć coś by zmieniła? Luhan nie zginął na marne. Dał nam przykład, a ty postanowiłeś zmarnować jego poświęcenie. Co ty sobie myślałeś?! - Kris ujął w dłonie twarz  chłopaka niczym najdelikatniejszy z kwiatów. - Umarłbym, gdyby twoje serce przestało bić. - Wyszeptał, ścierając słone łzy z jego bladych policzków. Odetchnął głęboko, dopiero pozwalając sobie na obezwładniającą ulgę, pozwalając szaleńczemu szczęściu zakwitnąć na twarzy. - Zdajesz sobie sprawę, że to tylko dzięki tobie moje życie ma sens? Nie odbieraj mi tego, błagam.
   Dwa serca bijące jednym rytmem.
   Dwie odmienne, złączone w jedno dusze.
   Nieopisana siła i bezgraniczna miłość.
  
*~*~*

Serdecznie witam seiki i Devilseyee! ^^
Pomysł na tego krótkiego shota chodził za mną już od momentu kiedy pojawił się teaser Suho, ale dopiero kiedy usłyszałam "My Answer" nie mogłam się powstrzymać od pisania. Do tego chciałam spróbować czegoś nowego i wyszło takie oto angstowe cuś :P
Co myślicie? Jak Wam się podoba? Jakieś przemyślenia? hahahaha Dla mnie pathcode#Suho już nigdy nie będzie taki sam :P
Love y'all <3